A ty kręcisz nosem, niewdzięczny! Straciłam tyle czasu na organizację wszystkiego – teściowa zrujnowała nam ślub.

Boże, gdyby ktoś powiedział mi, że mój ślub zamieni się w farsę, roześmiałabym mu się w twarz. Ja, Weronika Swietłowa, skrupulatna do szpiku kości, kalkulująca każdy krok, pozwoliłabym sobie na taką porażkę? Niemożliwe! Ale jak to mówią, jeśli życie daje ci cytryny, zrób z nich lemoniadę. Tyle że w moim przypadku życie dało mi teściową, a z tego lemoniady nie da się zrobić.

  • A ty kręcisz nosem, niewdzięczny! Straciłam tyle czasu na organizację wszystkiego – teściowa zrujnowała nam ślub.

Dima i ja podjechaliśmy do „Wenecji”, restauracji, którą wybrałem ze szczególną starannością. I wtedy, można by rzec, zostałem oblany wiadrem pomyj. Przed wejściem tłoczył się tłum. Nie tylko goście, ale… ludzie. Mnóstwo ludzi. I żaden z nich nie wyglądał jak ten, którego zaprosiłem. Kilka kobiet trzymało w rękach własnoręcznie wykonane plakaty.

„Co to jest?” wymamrotałem przez zęby, czując, że moje oko zaczyna drgać.

Dima wzruszył ramionami, a na jego twarzy malował się niejasny wyraz zaniepokojenia.

  • Nie mam pojęcia. Może mama postanowiła zrobić niespodziankę?

„Niespodzianka? Czy ona tak postrzega mój najważniejszy dzień?” – przemknęło mi przez myśl.

Moja przyjaciółka, Lena, wyskoczyła z samochodu i rzuciła się w tłum. Wróciła z szeroko otwartymi oczami.

  • No… twoja teściowa… mówi wszystkim, że tak było zaplanowane! Że to część programu!

Poczułam, jak krew się we mnie gotuje. Marina Pietrowna to imię mojej teściowej i stało się dla mnie synonimem chaosu i nieprzewidywalności.

„Nie panikujmy” – powiedziałem, starając się zachować spokój. „Może nie jest aż tak źle”.

Jak bardzo się myliłem…

W środku było jeszcze gorzej. Zamiast eleganckiego, przytłumionego oświetlenia, które tak starannie dobrałem, paliły się tanie żarówki, tworząc atmosferę prowincjonalnego klubu. Stolików było więcej niż potrzeba, a wszystkie były nakryte niesmacznymi obrusami. A przekąski… Ach, te przekąski! Zamiast wykwintnych kanapek i miniaturowych ciasteczek, były talerze z ogórkami kiszonymi i pokrojoną kiełbasą.

Ale uosobieniem tego szaleństwa była… Marina Pietrowna z mikrofonem w ręku.

  • Drodzy goście! – rzekła, śpiewając jak słowik. – Teraz zaśpiewamy piosenki na cześć naszych nowożeńców!

Piosenki! Na moim ślubie! Czułam, że się trzęsę.

Zignorowała wcześniej ustalony termin i scenariusz, który osobiście zatwierdziłem. Marina Pietrowna skupiła na sobie całą uwagę, wygłosiła toasty w imieniu „rodziny pana młodego”, pogratulowała osobom, których nie znałem.

Mój organizator, Staś, wyglądał blado jak śmierć. Złapałem go za rękaw.

  • Co się dzieje? Wyjaśnij mi to natychmiast!

Zawahał się, unikając mojego wzroku.

  • Marina Pietrowna… skontaktowała się ze mną tydzień temu i uzgodniła nowy program. Powiedziała, że to „drobne zmiany”.

„Drobne poprawki”! Przepisała cały scenariusz! I nawet wstawiła gratulacje z okazji rocznicy ślubu kuzynki!

Stas pokazał mi zaktualizowany scenariusz. Zawierał piosenkę o nieodwracalnej stracie, „na prośbę Eleonory, bliskiej przyjaciółki Mariny Pietrowna, której mąż niedawno zmarł”. Piosenka o śmierci! Na moim ślubie!

„Co to, do cholery, jest?!” – krzyknęłam.

Stas niezręcznie odchrząknął i wyjął telefon.

  • Wysłałaś od niej wiadomość wideo… w której zatwierdzasz wszelkie zmiany zaproponowane przez Marinę Petrovnę.

Moja twarz pojawiła się na ekranie telefonu. Powiedziałem coś o zaufaniu do jej gustu i zgodzie na każdą jej sugestię. Ale! To był filmik, który nagrałem dla Dimy, kiedy wybieraliśmy samochód do kolumny! Marina Pietrowna wykorzystała go, żeby zrobić ze mnie idiotę!

Byłem wściekły. Wściekłości, jakiej nigdy wcześniej nie czułem.

Poszedłem szukać bohatera wydarzenia, a jednocześnie mojego narzeczonego. Znalazłem ich w biurze administratora. Kłócili się o coś zaciekle.

„Chciałam tylko, żeby ślub mojego syna był niezapomniany!” – krzyknęła Marina Pietrowna. „To jego pierwsze i, mam nadzieję, jedyne małżeństwo! Nawet się ze mną o nic nie skonsultowałeś!”

„Ale ja chciałam, żeby to było moje święto, a nie jakaś farsa na cześć rocznicy cioci Ziny i pogrzebu wujka Bory!” – warknęłam.

– Chciałam tylko, żeby wszyscy się dobrze bawili! – odparła Marina Pietrowna. – A swoją część budżetu wydałam tak, jak uważałam za najwłaściwszą! Zaoszczędziłam na dekoracjach i oświetleniu, ale za to zaprosiłam więcej gości! I ogólnie rzecz biorąc, zaczynam wątpić w twój wybór, Dima. Wybrałeś sobie jakiegoś awanturnika!

Dima próbował załagodzić sytuację.

  • Mamo, dlaczego to robisz? Weronika wynajęła restaurację specjalnie na twoje uroczystości. I zatrudniła toastmastera i DJ-a.
  • No cóż, ślub i tak jest ważniejszy! Weronika i tak za niego zapłaci, bo nie docenia mnie i mojej chęci pomocy!

To już wszystko. Mam już dość.

„Nie będę rywalizował z solenizantami i nieboszczykami!” – oznajmiłem, złapałem Dimę za rękę i wyciągnąłem go z biura.

Marina Pietrowna, pewna swojego zwycięstwa, poszła zabawiać gości. Nadal jednak nie wiedziała, jakiego „brudnego psikusa” jej zrobimy.

Zakończyliśmy świętowanie. Zabraliśmy tylko przyjaciół i wyszliśmy. Bez wyjaśnień. Bez pożegnań. W nieznanym kierunku.

Marina Pietrowna spędziła resztę wieczoru rozmawiając z gośćmi o wadach „straconego pokolenia”.

Wieczorem świętowaliśmy ślub w zwykłej kawiarni z przyjaciółmi, którzy nas wspierali. Było głośno, wesoło i prawdziwie.

A rok później mieliśmy ślub moich marzeń. Bez Mariny Pietrowna. Która z kolei zyskała nowy temat do narzekań na „bezwstydną synową”, która ukradła jej syna.

Wiesz, co sobie uświadomiłem? Życie jest za krótkie, żeby marnować je na oczekiwania innych. A jeśli teściowa chce urządzić stypę na twoim ślubie, po prostu zabierz męża i uciekajcie. Gdziekolwiek…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *