Pewnego dnia sąsiad zaczepił starszą kobietę na podwórku.
— Karmiłeś tego czarnego?
– Tak.
— Została potrącona przez samochód. Na zjeździe przy sklepie. Widziałem…
Kobieta skinęła głową. Nic nie powiedziała. Po prostu wróciła do domu.
Balkon zrobił się pusty. Cicho. Poranek przestał mieć znaczenie.
Kilka dni później zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stał ten sam sąsiad.
„Wybacz mi… Mój ojciec prosił mnie, żebym ci to powiedział. Jest chory i prawie nie wychodzi z domu. Mówi, że kiedyś obserwował cię z okna każdego dnia, kiedy karmiłeś wronę. Pyta, dlaczego już nie wychodzisz.”
Kobieta początkowo nie miała ochoty tam iść, ale i tak zeszła piętro niżej.
W pokoju unosił się zapach lekarstw i starości. Przy oknie siedział szczupły mężczyzna około siedemdziesięciu pięciu lat. Patrzył na nią uważnym, spokojnym wzrokiem.
„Nie przyjedzie?” – zapytał.
„Już jej nie ma” – odpowiedziała cicho kobieta. „Potrącił ją samochód”.

Mężczyzna milczał przez długi czas.
„Ptaki żyją krócej od nas” – powiedział w końcu. „Ludzie też umierają. Ale życie się nie kończy. Dbasz o nie od sześciu lat. To znaczy, że wiesz, jak się nim opiekować”.
Skinął głową w stronę okna.
„Na podwórku jest ich mnóstwo. Na pewno któryś się pojawi. A nawet jeśli nie, to i tak musisz wyjść. Czułam się spokojniejsza, kiedy stałeś na balkonie.”
Kobieta nie odpowiedziała od razu.
Następnego ranka wyszła znowu z okruchami. Nie dlatego, że spodziewała się tego samego wrony. Ale dlatego, że ktoś na podwórku patrzył w jej stronę i czekał.
Najpierw wleciały gołębie. Potem na krawędzi balustrady usiadł czarny ptak. Kobieta po prostu wyciągnęła rękę.